O autorze
Matka-Polka nie do końca feministka. Pod stałą opieką ma dwa rozbrykane Stfory płci męskiej (siedmio- i dziewięciolatka), rozrabiające potwornie, kocice sztuk dwie (neurotyczną staruszkę i zwariowaną szyklretkę z ADHD) oraz od niedawna budzącego (nie)zdrowe emocje patyczaka.
Zakręcona na punkcie fitnesu kobieta pracująca, nałogowo pochłaniająca hurtowe wręcz ilości książek. Autorka bloga: brzuchalska.blogspot.com

Pisze od zawsze, od lat prowadzi bloga, na użytek dzieci własnych opowiadania tematyczne (kiedy autorzy książek nie nadążają z publikacją). O życiu pisze ironicznie, o dzieciach nostalgicznie, z dużą dawką humoru.

Kobieta-matka-pracownica vs. telefon z placówki opiekuńczo-wychowawczej

Archiwum prywatne K.Brzuchalska
Mogę się założyć, że każda matka pracująca na etacie przynajmniej raz w życiu spotkała się z sytuacją, kiedy w najmniej odpowiednim służbowo momencie zadzwonił telefon ze szkoły/przedszkola/żłobka z żądaniem, by dziecko odebrać już, teraz, zaraz, natychmiast. Zazwyczaj z komunikatem o wysokiej gorączce, wysypce, wymiotach czy innych podobnych atrakcjach, które każdego rodzica przyprawiają o dreszcze.

Kiedyś telefony z placówek Synów były rzadkie. Niestety po atrakcjach zeszłego lata, kiedy to Młodszy Syn na ponad półtora miesiąca wylądował w szpitalu, a jedyną opcją leczenia go było faszerowanie zdechlaka antybiotykami i modlenie się, by pociągnął jeszcze trochę, telefony stały się częstsze. Mam swoją prywatną teorię na to – zabili w nim wszystko, co się dało: nie tylko zjadającą go paskudę, ale także odporność.

Średnio raz na miesiąc, jak mam szczęście to raz na dwa dzwoni telefon i pani nauczycielka z przedszkola dramatycznym tonem oznajmia, że Syn Młodszy jest chory i należy go NATYCHMIAST odebrać. Specjalnie im się nie dziwię. Żadna przyjemność opiekowania się kaszlącą i pociągającą paskudą. Zwłaszcza z pewną dozą prawdopodobieństwa, że gorączka to może nie być od zwykłego katarku.

Nie lubię tych telefonów. Zresztą, pokażcie mi rodzica, który lubi. Zaraz przez głowę przelatuje tysiąc myśli i zaczyna się zaawansowana, szeroko pojęta logistyka.

Po pierwsze – kto odbierze chorutka z placówki?

To wcale nie jest takie oczywiste. Wszystkim się wydaje, że matka zadziera kiecę i leci. Nie, nie, nie. Matka najpierw spogląda w stronę pokoju szefa. Pytanie zasadnicze: co on na to? Następnie rzuca okiem na biurko, robi w myślach rachunek sumienia, sprawdza co jeszcze należy w danym dniu zrobić i robi to. Bierze głęboki oddech i idzie do jaskini lwa. Jak ma szczęście i szef jest w dobrym humorze, to tylko lekko kręcąc nosem i wznosząc oczy do nieba wyraża zgodę na opuszczenie stanowiska pracy. Jeśli jest gorzej – musi się liczyć z narzekaniem na wieczne zwolnienia (w zeszłym roku jedno), ciągłe nieobecności (jeden dzień), nieplanowane urlopy (brak). Czasem się zdarza, że opcja wyjścia wcześniej w ogóle nie wchodzi w grę. Wtedy następuje tzw. telefon do przyjaciela, czyli Męża. Jemu na szczęście jest trochę łatwiej wyrwać się z rąk systemu. Ciągle jednak nierozwiązana pozostaje kwestia numer dwa.


Kto zostanie z chorym dzieckiem w domu?

Nie wiedzieć dlaczego – może dlatego, że mamy równouprawnienie – na ojcach idących na opiekę szefowie nie wieszają tak psów. Zezwalają na pracę w domu, przymykają oko na L4, mimo iż małżonka rzeczonych w chacie siedzi i spokojnie mogłaby się progeniturą zająć.

Kiedy natomiast na zwolnienie chce iść kobieta-matka-pracownica, bywa że nagle okazuję się ona być jedynym filarem firmy, osobą wręcz niezastąpioną. Bez niej zawali się wszystko. I wszystko też ma zrobić owa kobieta-matka by na zwolnienie nie iść (nie wiem, dziecko to chyba powinna utopić w łyżce wody, bo innej siły na smarkającego potwora nie ma).

Co ciekawe jej praca nie przedstawia już takiej wartości i okazuje się, że tabuny chętnych do roboty pod drzwiami stoją, kiedy kobieta-matka udaje się po podwyżkę. Ale to temat-rzeka, zupełnie na inny post.

Kwestia trzecia: jeśli absolutnie nie możesz zostać z dzieckiem w domu.

Ano właśnie. Zdarzają się i takie sytuacje, kiedy absolutnie nie ma innej opcji i w fabryce trzeba być. I co wtedy? Pojawiają się dwa wyjścia: albo zostawić pacholę w domu pod opieką tabletu, telefonu, telewizora i konsoli (słabe, chociaż dziecię pewnie nie będzie zanadto protestować) lub ewentualnie narażając się na niewybredne komentarze za plecami zabrać rekonwalescenta ze sobą do pracy. W końcu zawsze znajdzie się dla niego jakieś zajęcie: dokumenty do skserowania, pieczątki do poprzybijania, rozniesienie paczek czy korespondencji po biurze, czy inne ważne i niecierpiące zwłoki czynności, które nie pozwoliły kobiecie-matce zostać w domu i wymagały jej obecności na stanowisku pracy.

Oczywiście wszystkie powyższe czynności, kwestie i problemy dotyczą rodziców, którzy:

a) Nie mają pod ręką babci/opiekunki/sąsiadki.
b) Nie stać ich na nianię na stałe czy też doraźnie.
c) Nie są rodzicem na urlopie macierzyńskim tudzież wychowawczym.
d) Nie mogą sobie pozwolić na pójście na L4 sześć do dziesięciu razy w roku.

A kiedy już dziecię łaskawie wyzdrowieje, kaszelek i katarek staną się jakby mniejsze, a energia będzie kochane maleństwo tak rozpierać, że niemal rozniesie ono chatę, przyjdzie czas na podsumowanie zysków i strat (w końcu wiadomo – na opiece płacą tylko 80 % wynagrodzenia zasadniczego). Oraz na powrót Małego Szczęśliwca do placówki.

Na kolejne 3-6 tygodni.

Do następnego telefonu.

Kobieta-matka już zaczyna z nerwów obgryzać paznokcie.
Trwa ładowanie komentarzy...