O autorze
Matka-Polka nie do końca feministka. Pod stałą opieką ma dwa rozbrykane Stfory płci męskiej (siedmio- i dziewięciolatka), rozrabiające potwornie, kocice sztuk dwie (neurotyczną staruszkę i zwariowaną szyklretkę z ADHD) oraz od niedawna budzącego (nie)zdrowe emocje patyczaka.
Zakręcona na punkcie fitnesu kobieta pracująca, nałogowo pochłaniająca hurtowe wręcz ilości książek. Autorka bloga: brzuchalska.blogspot.com

Pisze od zawsze, od lat prowadzi bloga, na użytek dzieci własnych opowiadania tematyczne (kiedy autorzy książek nie nadążają z publikacją). O życiu pisze ironicznie, o dzieciach nostalgicznie, z dużą dawką humoru.

W pogoni za tym co piękne, czyli jak zwolnić i cieszyć się chwilą?

Każdego dnia rzeźbię codzienność, kształtując ją na rozmaite sposoby, ugniatając, przelewając z pustego w próżne, by wygospodarować choć chwilę tylko dla siebie. Pasjonujące hobby, zajęcia fitness pochłaniające długie godziny, czy chociażby piętnaście minut na leżenie i pachnienie – bezcenne! Jak w pogoni za codziennością znaleźć parę chwil tylko dla siebie? Jak wygospodarować czas na przyjemności bez dołującego uczucia jego marnowania?

Znacie to? Bo ja aż za dobrze. Jestem matką, żoną, kochanką, pracownikiem, kierowcą, poganiaczem niewolników, sprzątaczką, praczką, prasowaczką, utulaczką, wielbłądem, panią do towarzystwa, kolekcjonerką dokumentacji wszelakiej, księgową, zaopatrzeniowcem, logistykiem, cerbrem, nauczycielem, policjantem – słowem wszystkim w jednym (tylko proszę mi tu nie suponować, że jak coś jest do wszystkiego, to jest do niczego ;) ). Ot, taka hybryda. Kiedy nie pracuję, mam wrażenie, że marnuję czas; że powinnam… że muszę… że tego ode mnie oczekują… że wypada…

Rano wstaję, ubieram siebie, dzieci, szykuję śniadanie, nakazuję, pakuję, poganiam, zaprowadzam do placówek opiekuńczo-wychowawczych i gnam do pracy, w której spędzam bite osiem godzin (jak nie więcej) robiąc wszystko, a jednocześnie planując co na obiad, w co ubrać, kiedy wyprać, jakie zakupy trzeba zrobić, czego i komu brakuje i jak to załatwić po linii najmniejszego oporu. Moje szare komórki pracują na najwyższych obrotach i aż dziwne, że się nie przegrzewają ;) (no dobra, czasem im się zdarza, ale pocieszam się, że nie aż tak często, jakby mogło). Im więcej do zrobienia, zapamiętania, zaplanowania – tym sprawniej to idzie. Czasem tylko, no dobrze – co wieczór – mam uczucie, że ktoś mnie przeżuł i wypluł. I z miejsca ruszyć się nie mogę.

I mimo iż mąż robi w domu drugie tyle co ja (ten nasz dom to jakieś magiczne miejsce swoją drogą: ile byśmy w nim nie zrobili, zawsze znajdzie się coś nowego) – pracą domową, obowiązkami, opieką nad dziećmi dzielimy się w końcu po równo – nadal końca nie widać. I doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że i tak mam szczęście, ponieważ mój mąż nie tylko chce, ale i ma możliwość zaangażowania się całkowitego w nasze życie. Wielu znajomych w końcu go nie ma: bo praca, bo obowiązki, bo szef, bo delegacje, bo… Nie mam pojęcia, jak ich żony sobie radzą? Mistrzynie logistyki!


Niestety natłok zajęć sprawia, że oboje mamy niewiele czasu nie tylko dla siebie nawzajem, dla dzieci, ale przede wszystkim dla siebie samych. A przecież każdy z nas takiego czasu potrzebuje: chwili wytchnienia od rzeczywistości.

Zatopienia się w lekturze po uszy i zapomnienia o bożym świecie.

Zatracenia się w biegu, jeździe na rowerze do utraty tchu. Dosłownie!

Poleżenia i popatrzenia jak inni robią i korzystania z tego, że ja akurat - tak się złożyło - nie muszę. Przynajmniej jeszcze przez chwilę ;)

Jak w pogoni za tym co piękne (w końcu trawa zawsze bardziej zielona u sąsiada w ogródku), za stwarzaniem możliwości, ogarnianiem rzeczywistości, organizowaniem życia znaleźć czas dla siebie, czas na odpoczynek, na małe przyjemności, na cieszenie się chwilą?

Czasem mam wrażenie, że to nie tylko jest kwestia fizycznej możliwości, ale przede wszystkim umiejętności odpoczywania i chęci wygospodarowania czasu dla siebie. Sama niestety często łapię się na tym, że niekoniecznie potrafię… Wracam do domu i od progu, zamiast odpocząć, rzucam się do ogarniania mieszkania, gotowania obiadu, poganiania dzieci z lekcjami, prania, sprzątania, prasowania, czy co tam jeszcze do zrobienia jest… I co z tego, że dom będę miała wylizany jak muzeum, jak nie znajdę w sobie siły na to, by się tym cieszyć? A jedyną myślą, jaka będzie w stanie mi zaświtać w głowie, będzie ta, że jutro znów znajdzie się ktoś, kto nabrudzi?

Żyjemy w pędzie, częściowo wymuszonym przez realia, ale częściowo wynikającym z naszych własnych ograniczeń i wpasowywania się w ramy. Te rzeczywiście narzucone przez otoczenie, ale też te, które wyznaczamy sobie sami. I to jest chyba nasz największy błąd. W końcu nic się nie stanie, jeśli trochę zwolnię. Chyba. Jeśli te naczynia w zlewie/zmywarce poleżą godzinę czy dwie, a ja ten czas poświęcę na czytanie książki. Sobie lub dzieciom.

Świat się nie zawali, jeśli prasowanie ubrań odłożę na zaś i pójdę w tym czasie na spacer, pobiegać, na basen czy na fitness.

Sama siebie wpędzam w tę machinę „ja muszę”. Nie, nie muszę. Nawet nie powinnam. Powinnam za to nauczyć się odpoczywać. Może byłabym mniej zmęczona? Może miałabym więcej chęci i siły na zabawę/rozmowę/spacer z dziećmi?

Jesteś mentalnym pracoholikiem tak jak ja? To może spróbujemy razem zwolnić? Takie wyzwanie :)
Trwa ładowanie komentarzy...