O autorze
Matka-Polka nie do końca feministka. Pod stałą opieką ma dwa rozbrykane Stfory płci męskiej (siedmio- i dziewięciolatka), rozrabiające potwornie, kocice sztuk dwie (neurotyczną staruszkę i zwariowaną szyklretkę z ADHD) oraz od niedawna budzącego (nie)zdrowe emocje patyczaka.
Zakręcona na punkcie fitnesu kobieta pracująca, nałogowo pochłaniająca hurtowe wręcz ilości książek. Autorka bloga: brzuchalska.blogspot.com

Pisze od zawsze, od lat prowadzi bloga, na użytek dzieci własnych opowiadania tematyczne (kiedy autorzy książek nie nadążają z publikacją). O życiu pisze ironicznie, o dzieciach nostalgicznie, z dużą dawką humoru.

Pozwól mi wreszcie być samodzielnym!

Fot. Karolina Brzuchalska
Samodzielność moich dzieci jest tematem powracającym jak bumerang. Niestety należę do nacji „rodziców-helikopterów”, wiszących nad dziećmi niemal bez przerwy. Jestem świadoma tego stanu rzeczy i staram się walczyć sama ze swoim strachem. Zdaję sobie sprawę, że mogę potomstwu zrobić swoimi obawami krzywdę i sprawić, że będą życiowymi kalekami. Nie chcę tego. Potwory są wystarczająco duże, by pozwolić im na tę odrobinę ;) samodzielności i podejmowania decyzji.

Z szerokiej oferty zajęć dodatkowych oferowanych przez placówkę opiekuńczo-wychowawczą moje dzieci wybrały w tym roku judo i karate. Każdy po jednym. I wszystko było by super, gdyby nie fakt, że zajęcia odbywają się w dwóch różnych miejscach, za to w tym samym czasie. Niestety nie udało mi się jeszcze sklonować z efektem pozytywnym i zdarza się brak fizycznej możliwości odprowadzenia obydwu na zajęcia. Tak też było i wczoraj. Pełna obaw zapodałam temat Synowi Starszemu:

Ja: Słuchaj, dzisiaj pójdziesz na zajęcia karate sam, a ja odprowadzę twojego brata. Tata cię potem odbierze, ok?
Syn Starszy: Dobrze. A właściwie mamo to dlaczego ty chcesz, żebym to ja poszedł sam? Chcesz sprawdzić, czy jestem samodzielny?

No tak, w zasadzie tak, synu drogi. Chciałabym przestać w końcu wisieć nad tobą – pomyślałam.

Jak to jest z tą samodzielnością?

Dlaczego tak trudno jest odciąć pępowinę i dlaczego część rodziców krąży nad własnymi dziećmi do ich pełnoletności niemalże (a czasem znacznie dłużej). Dlaczego nie pozwalamy wyjść dziecku samemu na plac zabaw, choć już dawno skończyło podstawówkę?

Dlaczego mam obawy przed zostawieniem synów samych w domu? Sufit im się przecież na głowę nie zawali, a są dostatecznie duzi, by zrozumieć, że obcym to drzwi absolutnie i w ogóle otwierać nie wolno.

Dlaczego nadal odstawiam dzieci do szkoły pod same drzwi i czekam, aż nauczyciel przejmie wartę? Są rodzice, którzy posuwają się w swoich obawach o potomstwo znacznie dalej - są przy nich non stop, w każdej chwili. Podciągają spodnie. Zakładają czapki. Zawiązują buciki. Niemalże za nie przeżuwają i tylko podają papkę do połknięcia.


Skąd się biorą moje obawy? Dlaczego wyobraźnia szaleje, a w głowie rysują się obrazy pedofilów, porywaczy, samochodów wjeżdżających z impetem na moje dziecko, przechodzące przez przejście dla pieszych; rówieśników lub starszych kolegów spuszczających manto gówniarzowi w szkolnej szatni?

Na pewno nie są to doświadczenia mojego dzieciństwa, które przenoszę na własne dzieci. Jako dziecko jeszcze przedszkolne przychodziłam z przedszkola do domu, ba zdarzało się nawet, że sama z niego wracałam (nie do pomyślenia dziś!) i won na podwórko. Gry w klasy, wystawanie przy trzepaku czy inne mniej lub bardziej szalone pomysły. Pamiętam, jak chodziliśmy całą bandą po wszystkich klatkach z pożyczonym psem koleżanki i skwapliwie wypytywaliśmy, czy ktoś nie zgubił takiego. Bo my właśnie znaleźliśmy. Albo wpadaliśmy stadem do domu kolegi na placki ziemniaczane. I przepadaliśmy tam na trzy godziny! Nikt się nie przejmował, że rodzice mogą nas szukać (za bardzo nie szukali zresztą).

Jako mały dzieciak chodziłam do sklepu, na pocztę, stałam w kolejkach, opiekowałam się młodszym rodzeństwem. Do salki katechetycznej przy kościele oddalonym o 3 kilometry (w tym kilka ulic) chodziliśmy grupami. Czasem trafiał się rodzic pilnujący. Ale nie zawsze mieliśmy taki luksus.

W drugiej klasie podstawówki wstawałam rano, ubierałam dwuletnią siostrę, odprowadzałam ją do opiekunki i leciałam 15 minut na tramwaj piechotą. Potem tramwajem do szkoły. Z kluczem na szyi! Starszy Syn jest w drugiej klasie podstawówki... Czy pozwoliłabym mu na to? W życiu nigdy!

Staram się pracować nad sobą. Tak, tak, nad sobą! Nie nad samodzielnością dziecka, tylko nad walką z własnym strachem i wyobraźnią, bo to ona każe mi być w życiu niemal dziewięciolatka przez cały czas. Odcinanie pępowiny to proces stopniowy i bolesny – zwłaszcza dla rodziców-helikopterów. Jest jednak kilka sposobów, które pozwolą nam go przejść stopniowo. Moje dzieci dojrzały do częściowej samodzielności, czas bym dojrzała do dania im większej swobody i ja. Poniżej kilka sposobów, które pozwoliły mi stopniowo oswoić się z tym, że nie muszę być zawsze przy Potworach.

Idziemy na plac zabaw

Mam to szczęście (a czasem nieszczęście), że plac zabaw widzę z okna mieszkania. Mogę w każdej chwili sprawdzić, co się z dziećmi dzieje i gdzie są. W tym celu zakupiłam nawet lornetkę ;). Moje rozstania z Potworami stopniowałam sobie od 15 minut, kiedy to z wywieszonym językiem leciałam na plac, do 2-3 godzin – teraz wracają sami, kiedy mają już dość.

(Kevin) sam w domu

Zostawianie chłopców samych w domu zawsze było tematem drażliwym. Istniała bowiem obawa, że się wzajemnie pozabijają (nie tylko o pilota). Zaczęłam od zejścia na parter do skrzynki na listy. Nic im się nie stało! Uff… To może jutro spróbuję wyskoczyć do sklepu po mleko? Niee, może jednak poczekam jeszcze kilka dni… tygodni… miesięcy. Aż zdarzyła się sytuacja awaryjna, kiedy Syn Starszy musiał zostać w domu sam przez kilka godzin. Co za swoboda! Był zachwycony. Ja trochę mniej.

Dasz mi trzy złote, pójdę sobie kupić lizaka?

Ale jak to kupić lizaka? Sam? Przecież trzeba przejść przez ulicę! Na pewno sobie nie poradzisz, sprzedawczyni cię oszuka, po drodze okradną z tego majątku. Pójdę z tobą. STOP! Wzrok syna wyperswadował mi te zapędy. Ok, niech idzie jak już musi. Tylko niech resztę odda!

Problematyczny telefon

Wiadomo, jak dam mu telefon, to będzie w kółko na nim grał. Chociaż może jednak czasem się opanuje? A ja przynajmniej będę miała tę wirtualną smycz i zawsze będę mogła sprawdzić, gdzie jest i co robi! O, tak zrobię. Kupiłam telefon. Tylko że…. DLACZEGO ON GO NIE ODBIERA???

Prawda jest taka, że najczęściej to nie dziecko jest niegotowe na samodzielność. Najwięcej obaw mają rodzice. Jeśli więc nie chcemy wychować życiowych kalek, które będą z nami mieszkały do pięćdziesiątego roku życia (ich nie naszego!), pozwólmy potomstwu na tę odrobinę więcej swobody (adekwatnie do wieku oczywiście), a przede wszystkim, starajmy się okiełznać swoje zapędy trzymania ich przy spódnicy do końca świata.

I jeden dzień dłużej ;)
Trwa ładowanie komentarzy...