O autorze
Matka-Polka nie do końca feministka. Pod stałą opieką ma dwa rozbrykane Stfory płci męskiej (siedmio- i dziewięciolatka), rozrabiające potwornie, kocice sztuk dwie (neurotyczną staruszkę i zwariowaną szyklretkę z ADHD) oraz od niedawna budzącego (nie)zdrowe emocje patyczaka.
Zakręcona na punkcie fitnesu kobieta pracująca, nałogowo pochłaniająca hurtowe wręcz ilości książek. Autorka bloga: brzuchalska.blogspot.com

Pisze od zawsze, od lat prowadzi bloga, na użytek dzieci własnych opowiadania tematyczne (kiedy autorzy książek nie nadążają z publikacją). O życiu pisze ironicznie, o dzieciach nostalgicznie, z dużą dawką humoru.

Czasem pozwalam dziecku zagrać na konsoli…

Oglądanie bajek to podawanie gotowej papki - zabija wyobraźnię. To jak wytłumaczyć zachowanie dziecka, które po obejrzeniu dwóch odcinków ulubionej bajki spędza długie godziny budując z lego postacie, a następnie bawi się w wymyślona przez siebie zabawę nawiązującą do tego, co właśnie obejrzało? Zabiliśmy mu tę wyobraźnię czy nie?

Gry internetowe/gry na konsoli to samo ZUO.
To dlaczego moje dziecko rysuje komiksy, tworzy historie, własne instrukcje na bazie gry? Dlaczego tak bardzo prosi, by kupić mu KSIĄŻKĘ, która powstała w oparciu o grę? Dlaczego spędza długie godziny na dworze bawiąc się w wymyślone historie na podstawie gry?
To zuo czy jednak nie?



Przyznam - walczę sama ze sobą. Nie lubię gier. Ale widzę jak kreatywnie potrafią wpływać na moje dzieci.

Dlatego trochę wbrew sobie, ale jestem gotowa przyznać, że jednak nie - trzeba tylko umieć wybrać właściwie, kontrolować, wyznaczać granice i ich przestrzegać. Przede wszystkim umieć ja narzucić sobie samym.

Ktoś powiedziałby, że lepiej poczytać bajkę, pójść na spacer, porozmawiać. Oczywiście. Ale czy to, że pozwalam na granie/oglądanie oznacza, że tych pozostałych rzeczy już nie robię? Przecież da się pogodzić jedno z drugim. A może robię to, żeby mieć czas dla siebie? Jestem matką pochyloną nad telefonem, spędzającą sporo czasu przy laptopie, a nade wszystko długie godziny nad Kindlem. Nie zaprzeczam, że tak jest.

Wszyscy jesteśmy w pewnym stopniu uzależnieni. Uzależnieni od migoczących ekranów, ikonografiki, fejsa i dzielenia się z całym światem wszystkim: od wakacji na Galapagos, po umycie dziecku dupki w umywalce zamiast pod prysznicem (kto nie wierzy, niech gugla :) - ha, no właśnie nie od czapy wzięło się powiedzonko "Wujek Gugiel prawdę ci powie"). Niemniej uważam, że we wszystkim należy zachować umiar. Również w krytyce ZUA. Nie ma chyba sensu odcinać dzieci zupełnie od internetu, bo i po co? Może lepiej poświęcić czas i wybrać z dzieckiem wartościowe gry/bajki/książki?

Potwory mają jasno wyznaczone granice. Powiedziane, kiedy i w jakim wymiarze czasowym mogą grać/oglądać bajki. Nie znaczy to oczywiście, że nie usiłują ich czasem nagiąć. Próbują, owszem, nie raz i nie dwa (Granie w samochodzie się nie liczy! W gościach przecież wolno!). Ale od tego jestem rodzicem, by umieć nad tym zapanować. Z szeroko otwartymi oczami słucham historii matek rówieśników moich dzieci, które mówią, że "musiały dać tablet, bo urządzał dziką histerię".

Syn Starszy sięgając po telefon (tak, ma swój telefon - teoretycznie służący komunikacji z nim, w praktyce często gęsto zalegający na dnie szuflady) informuje mnie o tym. Mówi również, kiedy go odkłada. Syn Młodszy telefonu nie ma i nie robi z tego powodu dramatu. Cierpliwie czeka, aż dorośnie.

Na czasie ostatnio jest pytanie: czy zdarza mi się kupować czas wolny kosztem bajek/internetu?

Staram się nie, ALE... są sytuacje, kiedy absolutnie pilnie muszę poświęcić chwilę na pracę przy komputerze (przykład z ostatniego tygodnia - praca w domu, kiedy dziecko jest chore). Pozwalam włączyć bajkę (z graniem gorzej, bo z zasady jestem przeciwnikiem gier i poza czasem wyznaczonym w tygodniu, jednak nie pozwalam - tutaj "dobrego glinę" gra Mąż) i mam te pół godziny na wysłanie pilnego maila, czy sporządzenie protokołu.
Nie znaczy to, że jesteśmy złymi rodzicami.

Pod warunkiem, że takie sytuacje nie są nagminne i nie przeważają w naszym życiorysie.
Pod warunkiem, że poświęcamy naszym dzieciom czas i umiemy go wygospodarować także dla siebie.

I choćbym padała na pysk, siądę wieczorem z Potworami, kiedy już leżą w łóżku i porozmawiam, poświęcę tę chwilę, dwie, trzy... Pójdę na spacer w tygodniu i w łikend. Będę wspólnie z nimi gotować. Mąż pójdzie zagrać w piłkę. Czasem jednak, kiedy jesteśmy bardzo zmęczeni, puszczamy audiobooka zamiast przeczytać dziecku historyjkę na dobranoc.
Zdarza się.

A czasem czytamy długimi godzinami, bo nas samych lektura wciąga. I bijemy się o to, kto ma czytać kolejny rozdział ;)
Jest czas na bajki.
Jest czas na czytanie.
Jest czas na spacery.
Jest czas na internet.

To jednak przede ja sama powinnam mieć kontrolę nad tym, co robią moje dzieci. I co robią ja sama też :) Nie ma co się łudzić - jeśli ojciec spędza godziny przed konsolą/tv/grami na telefonie, a matka nie odrywa wzroku od ekranu laptopa, to takie wzorce przekazują potem swoim dzieciom. A potem płacz i lament, że dziecko uzależnione ;)

A to czy będzie uzależnione czy nie (i w jakim stopniu :)), zależy głównie od nas samych. Da się wypracować współpracę dziecka i internetu, unikając uzależnienia. Naprawdę się da :)
Trwa ładowanie komentarzy...